Kochani

Przewróciłem się z pleców na brzuch, łokcie oparłem o ziemię, a brodę podparłem na dłoniach. Leżałem na łące, czerwcowe słońce delikatnie smagało moje nagie plecy. Łąka była ogromna, porośnięta młodziutką zielona trawa. Wśród wszech obecnej zieleni, białe stokrotki, żółte kaczeńce, oraz czerwone maki, które nie wiedzieć czemu rosły właśnie na tej łące, ciekawie wystawiały swoje łepki do słońca. Tworzyło to przepiękny kontrast, który mogła namalować jedynie Matka Natura. Ponad moją głową wciąż przelatywały pszczoły, które szukały pożytku. Ciekawie obserwowałem, jak te pracowite stworzenia lądują na kwiatach, zbierają pyłek, po czym wzbijają się w powietrze aby wrócić do roju. Nad łąką panował nieustanny ruch, na myśl przychodziło mi porównanie z ogromnym międzynarodowym portem lotniczym. Od północy dobiegło mnie ciężkie bzyczenie trzmiela. Podleciał do mnie, zatoczył dwa okręgi po czym odfrunął na południowy zachód. Długo obserwowałem jego ciężki, niezgrabny lot. Gdy zniknął mi z pola widzenia, przed sobą zauważyłem, małą mrówkę, która z ogromnym wysiłkiem taszczyła trzykrotnie większą od siebie, martwą gąsienicę. Na wprost mnie w oddali mieniło się jezioro, za którym znajdował się las. Od strony jeziora dobiegał wesoły gwar, pluskających się dzieci. Niebo nade mną było fantastycznie błękitne, w zasięgu mojego wzroku nie było ani jednej, nawet najmniejszej chmurki. Wiatr był bardzo delikatny. Wiał tak lekko że gdyby nie trawa uginająca się pod jego naporem, wcale bym go nie wyczuł… Moje ciało przeszył szalony dreszcz, spowodowała to lodowata woda, która podstępnie została wylana na moje plecy. Odwróciłem się gwałtownie, podciąłem napastnika. Wpadła mi w ramiona, wystraszona i zdziwiona. Trzymałem ją mocno, uśmiechnęła się. Połykałem ją wzrokiem, jej białe ząbki kontrastujące z ciemną pomadką. Kolor oczu był kolorem nieba, błękitny, czysty. Włosy, te wspaniałe, kręcone, cudowne, rude, włosy. Wyrwała się, przebiegła tuż obok mnie. Zrobiłem przewrót przez plecy do tyłu, wstałem momentalnie na nogi, odwróciłem się, i pognałem przez łąkę na złamanie karku. Doganiałem ją powoli, trawa smagała nas po nogach. Do wody wbiegliśmy równocześnie, zanurkowałem. Woda była ciepła, krystalicznie czysta, o głębokości około jednego metra. Otworzyłem oczy, widziałem jak w mgnieniu oka kolczaste okonie, z pięknymi czerwonymi pręgami na ciele, znikają w oddali. Dno było piaszczyste, nie rosło tam nic. Wstałem. Podszedłem do Niej, wtuliła się we mnie. Woda spływała po naszych ciałach, trwaliśmy tak w uścisku, razem, szczęśliwi jak dzieci

Dodaj komentarz